Shop Forum More Submit  Join Login
- Augarze...- z ciemności zalegającej w salonie dobył się cichy, męski głos. Pod jednym z okien zapaliła się mała lampka, oświetlając postać bardzo niskiego mężczyzny. Stał przy oknie i powoli sączył wino. Sposób, w jaki to robił i jego marsowa mina świadczyły o tym, że niespecjalnie przejmuje się smakiem trunku.
- Tak, Alastorze? - spytał głucho, z wzrokiem wciąż wbitym w niewidoczny dla innych punkt.
- Ale...dlaczego? Dlaczego nasłałeś na poczmistrza tę bestię?
- Jest tylko jeden powód - Augar odstawił kieliszek na stolik. - Straciłem przez niego wszystko.
- Ale...
- Pozwól, że ci wyjaśnię od początku. Miałem kiedyś syna. Dziedzica całego mojego majątku. Po śmierci Susan, mojej żony, był oczkiem w mojej głowie, moim skarbem. Ale był też żądnym przygód awanturnikiem i często wyjeżdżał z Ankh-Morpork. Kiedyś wyjechał i już nie wrócił. Pokłóciliśmy się i wypowiedział pod moim adresem wiele przykrych słów. Miał niestety rację. I nie wrócił.
- Ale co Moist von...
- Daj mi skończyć, Alastorze. Nie dostawałem od niego żadnych wiadomości. W końcu pogodziłem się z tym, że mnie opuścił. Teraz, po dwudziestu latach, otrzymałem list z prośbą o wybaczenie.Od mojego ukochanego syna. Moje serce urosło i wyruszyłem, by mu to wybaczenie dać. Jednak zginął przed dziesięcioma laty. Gdyby poczta działała jak należy, pojechałbym po niego o wiele wcześniej i nie doszło by do wypadku, w którym zginął. Umarł, myśląc, że czuję do niego nienawiść. Poczta odebrała mi syna.
- Ale to nie wina Lipwiga. On dopiero od roku jest poczmistrzem.
- Doręczył list. Pokazał mi, że mogłem działać. Być lepszym ojcem. W jego osobie poczta zapłaci za moje krzywdy.

***

- Adoro, bądźmy poważni. Ktoś chce się mnie pozbyć.
- Tak - powiedziała panna Dearheart. zaciągając się papierosem. Robiła to w powolny, wyrafinowany sposób, który teraz doprowadzał Moista do szału.
- Wczoraj widziałem cień przed budynkiem. W NOCY - dodał dobitnie.
- Zapewne widziałeś. I zapewne był to skrytobójca, który wcześniej próbował cię zabić.
- Nieudolny skrytobójca...pamiętam, jak pacnął na ziemię...ale nie o to chodzi, Adoro! Golemy są wspaniałą ochroną, ale co jeśli wyślą kogoś bardziej kompetentnego?
- Zginiesz.
- Adoro...
- pan von Lipwig powinien bardziej ufać przyjaciołom - powiedziała Adora, ponownie się zaciągając. - Golemy to, jak słusznie zauważyłeś, doskonałą ochrona. Zresztą nie tylko one cię pilnują.
- Tak? Kto jeszcze?
- Ja.
Adora spojrzała prosto w oczy Moista. Poczmistrzowi zmiękły kolana pod tym spojrzeniem. Być może to jego ostatnie dni życia, więc niech u licha spędzie je, robiąc przyjemne rzeczy.*
- Co to było? - nagle Moist podskoczył. Przed gablotą Powiernictwa Golemów zobaczył cień. Adora też najwyraźniej go zobaczyła, bo chwyciła za kuszę i wymierzyła w stronę wejścia.
- Ktokolwiek czai się za węgłem niech lepiej się pokaże, bo inaczej naszpikuję go strzałami! - zawołała, wysuwając się przed Moista.
Moist zdążył jeszcze pomyśleć, że nie może go naszpikować, jeśli go nie widzi, gdy nagle zobaczyli, jak biegnie na nich ciemny kształt. Poruszał się na czterech łapach i był szybki, niczym błysk. Adora nie czekała - strzeliła z kuszy wprost w ciemną masę, która przebiegała właśnie przez drzwi Powiernictwa Golemów. Kształt zawył i upadł tuż przed wejściem.
Moist przełknął głośno ślinę. Kształt nie poruszał się przez pewien czas, aż wreszcie wstał. Okazał się być nie dzikim zwierzęciem, jak początkowo sądził, ale młodą kobietą w czarnej szacie. Uśmiechała się w ich stronę trochę niepokojącym uśmiechem. Otrzepała płaszcz i postawiła kilka kroków w ich kierunku. Cofnęli się odruchowo.
- Jak dobrze... - wymruczała. - Witaj, poczmistrzu Ankh-Morpork.
- Kim...kim jesteś - wydusił z siebie Moist.
- Twoim ocaleniem - powiedziała kobieta. Chwyciła bełt, który wystawał jej z ramienia i pociągnęła mocno. Strzałą wyszła z niezbyt przyjemnym mlaśnięciem.
- Mmmm...
- Kimkolwiek jesteś, możemy cię...no naszpikować - głos Moista łamał się.
- Dalej, proszę. Tak lubię ból - głos kobiety podobny był do hipnotyzującego mruczenia kota. - Jest częścią naszego życia. Nie, on oznacza życie.
Moist poczuł, że przewraca mu się w żołądku. A więc tak skończy - zamordowany przez szaleńca.
- Jestem Mroczna Szosz - ciągnęła kobieta, cały czas się przybliżając. - Dostałam zlecenie: zabić poczmistrza. Ma cierpieć, łkać i krzyczeć z bólu przez całą noc.
Stanęła tuż przed Moistem.
- Może mała lekcja anatomii? - spytała. - Ciekawe, czy bez tego - wskazała ręką lewy bark - i tego - tu trąciła go w prawy - w dalszym ciągu będziesz zdolny do oporu.
- Ja...
- Cii, nic nie mów. Mamy całą...
- Co Się Tu Dzieje, Panie Lipvig? - zadudnił głos na ulicy. Mroczna Szosz odwróciła się gwałtownie i syknęła. Ten syk wyrażał jednocześnie zawód i radość.
- Gra się przedłuży, poczmistrzu - powiedziała, po czym opadła na czworaka i wybiegła z budynku.


*Oczyviście chodzi o vspólną kolację przy śviecach.
No comments have been added yet.

Add a Comment:
 
×

More from DeviantArt



Details

Submitted on
October 1, 2015
Link
Thumb

Stats

Views
262
Favourites
0
Comments
0
×