Shop Forum More Submit  Join Login
Nazywała się Mroczna Szosz. Tak naprawdę to imię sama sobie nadała, nikt nie wiedział jak ma naprawdę na imię, skąd przyszła i kim jest. Nikt nie znał jej prawdziwego celu. Po prostu była i to jej wystarczało. Nie potrzebowała zaświadczenia o tym, że jest człowiekiem, bo ją to nie obchodziło, dopóki mogła...zabijać. Powolna śmierć ofiary i jej krzyki działały na nią elektryzująco i ożywczo, sprawiały jej przyjemność i dawały szczęście. Kiedyś adeptka Gildii Skrytobójców, została z niej wydalona w trybie natychmiastowym z powodu zbyt wielkiej fascynacji śmiercią. Teraz jej imię widniało na wielu kontraktach, a i sama Gildia wydała nakaz, by każdy jej członek zabił Szosz, gdy tylko się na nią natknie. Ale Mroczna Szosz nie uciekła z Ankh-Morpork. Miała tu zbyt wiele do załatwienia, a ludzie wciąż dawali jej zlecenia. Ona wiedziała, że jest wieczna niczym Ankh i tak samo nieprzenikniona. Strach nie miał nad nią władzy. Ona była. Po prostu była.

***

W Urzędzie Pocztowym Ankh-Morpork Moist von Lipwig szedł dziarskim krokiem pomiędzy grupami listonoszy, którzy szykowali się do ostatniej zmiany. Zauważył kątem oka Groata i uśmiechnął się promiennie.
- Trybiki pracują, panie Groat!
- W rzeczy samej, sir - Tolliver był trochę zasapany. - Mamy mnóstwo przesyłek do dostarczenia. Nie wiem, czy zdołamy się wyrobić w przeciągu tego wieczora...Oh, sir, jestem wyczerpany.
Moist ściągnął brwi.
- Przecież jeszcze dzisiaj nie dostarczałeś...
- Ale samo przygotowanie się do dostarczania jest wyczerpujące, sir - Groat promieniał. - Poza tym wie pan jak to jest...
- Nie wiem, ale niech ci będzie - Moist spoważniał. - Czy wiesz, że nasłano na mnie skrytobójcę?
- Och, to niemożliwe...
- Jakiegoś patałacha bez doświadczenia. Kiedy wspinał się po ścianie, zaczepił nogawką o pękniętą rynnę i spadł. Zrobił się niezły szum. Przedstawił się jako Ranney i uciekł.
Groat podrapał się po nosie. Zmęczenie gdzieś uleciało, zostawiając samo zaaferowanie.
- Może to nie był skrytobójca, sir. Słyszałem o tych...najemnikach. Nie grzeszą inteligencją. A Gildia wysyła za nimi listy gończe, bo psują im szyki.
- Był ubrany na czarno. Ale kto wie, może to miała być zmyłka. Najemnicy, mówisz...Tylko kto by chciał się mnie pozbyć...? Wiem, że czasem nie było różowo, ale myślałem, że te czasy już za nami. Jestem szanowanym obywatelem tego miasta.
- Sir, może komuś nie spodobał się list? - Groat wypowiedział te słowa w formie zakonspirowanego szeptu.
Moist ze zdziwieniem otworzył usta, ale zaraz je zamknął, wiedząc, że niezbyt mądrze wygląda.
- ...
- Tak, tak, sir - Groat wyglądał teraz odrobinkę złowieszczo. - Ludzie nie lubią niechcianej poczty, sir. I mogą się zdenerwować, gdy taką otrzymają...
- Chyba majaczysz, Tolliverze. Ale będę się musiał następnym razem strzec. Wygląda na to, że jestem dla kogoś niewygodny.
Groat odszedł, a Moist zadumał się. Kto by chciał go zabić? I czy rzeczywiście mógł być to najemnik? Wiedział, że skrytobójcy są o wiele bardziej precyzyjni i o wiele bardziej ostrożni. Ale z drugiej strony, zawsze mogą zdarzyć się zepsute jabłka. Musiał się strzec, rzeczywiście.

***

- Czy wiesz, czemu cię wezwałem?
Mroczna Szosz zerknęła na swojego rozmówcę. Wciągnęła powietrze, węsząc ostry zapach, który unosił się wokół niskiego mężczyzny zasiadającego na fotelu w pięknym salonie, w którym oboje się znajdowali..
- Ponieważ chcesz, bym kogoś dla ciebie zabiła.
- Tak, Schosi - mężczyzna podniósł się lekko na fotelu i poprawił się na nim, jakby nagle poczuł się niewygodnie. - Ale chcę, by nie było to zwykłe zabójstwo. Chcę, by to było krwawe i okrutne zabójstwo i wiem, że tylko ty możesz się na to porwać. Skrytobójcy są za bardzo eleganccy. Nie chcą zostawiać bałaganu i zawsze dbają o konwenanse. Nie jestem jednym z tych, którzy lubię zlecać zadania Gildii, jeśli wiesz, o czym mówię.
Mroczna Szosz poczuła ciepło rozlewające się po jej ciele.
- Będzie tak krwawe, jak tylko może być. Kto jest celem?
Mężczyzna wstał z fotela i podszedł do małego mahoniowego biurka. Na nim leżała Azeta.
- Naczelny Poczmistrz. Moist von Lipwig - podał jej Azetę, na której pierwszej stronie Moist odbierał jakąś nagrodę. Szosz wzięła ją do ręki i chwilę wpatrywała się w nijaką twarz swojego celu. - Chcę, by cierpiał. Nie chcę by zginął w przeciągu jednej godziny. Chcę, byś bawiła się z nim całą noc. I nie pozwól, by Gildia pokrzyżowała ci plany.
- Nie zawiodę - Mroczna Szosz znów wciągnęła gryzący zapach. W pewien sposób podobał jej się. Był konkretny, tak jak ona.
- Co do ceny, znasz mnie. Zawsze dobrze płacę.
Cena nie była ważna. Stanowiła dodatek do morderstwa. Czynnik, który pozwalał jej przetrwać, jednak nie stanowił celu w samym sobie.
- Zawsze dobrze płacisz.
- I pamiętaj, Gildia jest na twoim tropie. Wysłali Ranneya...
Szosz uśmiechnęła się ciepło.
- To głupiec. Dopiero co skończył nauki. Ma zbyt czyste serce i zbyt wiele obiekcji. Wynajęłam go do zabicia Lipwiga, jednak zawiódł.
- Wiem, kim jest Ranney. Nie pożyje długo.
- Jeśli chcesz, możesz się z nim pobawić. Jednak pamiętaj, nikt nie może cię zobaczyć. Jesteś persona non grata w Ankh-Morpork. Nie chcę...cię stracić.
Szosz uniosła w zdumieniu brew, jednak po sekundzie wahania przeszła nad tym do porządku dziennego. Nie ma miejsca na sentymenty. Jeśli on je czuje, jest słaby, a słabymi gardziła. Dopóki zleca, jest jej panem, jednak zawsze ktoś może dać jej zlecenie na niego. I wtedy nie zawaha się, gdy wbije swą rękę w brzuch swojej ofiary.
- Czy to wszystko?
- Tak, Schosi. Biegnij, leć i spraw, by cierpiał. Jesteś najlepszą i najgorszą rzeczą, jaką dziś w nocy zobaczy.

***

Ranney kurował swoje rany. A raczej sińce, których miał na swoim ciele bez liku. Po ostatnim zamachu czuł się obolały i niepotrzebny. Nic mu się nie udawało. Czasem zastanawiał się, jak to możliwe, że udało mu się zdać egzamin. A jeszcze ta sprawa z renegatką...zbyt wiele, zbyt wiele!
Podszedł do swojego psa, który leżał przy kominku i pogłaskał go po dużej głowie.
- Ty mnie rozumiesz, Barney. Jesteśmy obaj znajdami. I obaj mamy pieskie życie.
Pies popatrzył na niego rozumnymi oczami i zaskomlał cicho.
- Tak, Barney, pieskie jak się patrzy. Choć ty masz zawsze pełną miskę i nie musisz się bać swoich celów. A ja wszystko sknocę, choćbym nie wiem jak się starał.
Ranney postanowił przygotować sobie kolację. Przynajmniej zje coś dobrego, zanim zaśnie. Gdy smażył jajka, usłyszał ciche pukanie do drzwi.
- Kto o tej porze... - zaklął lekko, ale bez przesady, trzeba mieć klasę. Podszedł do drzwi i zapytał:
- Kto tam?
Gdy nie usłyszał odpowiedzi, a pukanie powtórzyło się, Ranney zaczął coś podejrzewać. Chwycił sztylet i zaczął powoli odblokowywać skobel. Jeśli to wróg, nadzieje się na klingę.
- Otwórz, Stan, nie lubię stać na deszczu, proszę.
Znał ten głos! Teraz jest szansa, by pozbyć się renegatki! Powoli, prawie że pedantycznie otworzył drzwi. Rzeczywiście padało, a na deszczu stała Mroczna Szosz. Wyglądała biednie i...mokro. Poradzi sobie z nią, musi. To tylko bezduszna zabójczyni, rozkochana w bólu. A on był wyszkolonym skrytobójcą, nawet jeśli ostatnie zlecenie niezbyt mu wyszło.
- Wejdź, Schosi - powiedział zimnym głosem (a przynajmniej miał nadzieję, że jest zimny).
Szosz weszła. Na jej obliczu pojawił się lekki uśmiech.
- Pachnie jajkami - powiedziała.
- Bo smażę jajka - odparł znów bardzo, ale to bardzo zimno Ranney. - Czego chcesz? Wiesz, że mamy cię zabić, jak tylko cię zobaczymy.
- Tak. A ja mam zabić ciebie.
- Niemożliwe - uśmiechnął się z podszytym strachem przekąsem. - Dostałaś na mnie zlecenie? Zlecenie na skrytobójcę? Jeden z twoich stałych klientów, jak sądzę? Bo nikt przy zdrowych zmysłach nie zatrudniłby sadystki, gdy może mieć wyszkolonego członka Gildii.
- Jajka ci się przypalają.
I wtedy wszystko potoczyło się jak we śnie. Szosz rzuciła się na niego prawie że zwierzęcym ruchem, opadając na cztery kończyny i odbijając się od podłoża. Jej dłonie, dotąd ukryte pod szerokimi rękawami, zdobiły ostre pazury, grube i zabójcze. Chwyciła Ranneya i błyskawicznym ruchem sięgnęła do jego podbrzusza.
- Nie mam czasu na zabawę - uśmiechnęła się do niego, po czym wbiła szpony w ciało. Polała się krew, a Ranney zaskowyczał niczym pies.
No comments have been added yet.

Add a Comment:
 
×

More from DeviantArt



Details

Submitted on
October 1, 2015
Link
Thumb

Stats

Views
260
Favourites
0
Comments
0
×